ROZMAITOŚCI

Maria Pietras – wspomnienie

(…) i wiem, że, bliscy moi, za mną nie pójdziecie -:

Emil Zegadłowicz –

Mijają dni, miesiące, lata.. W czasie całej swojej życiowej drogi poznajesz mnóstwo ludzi, wśród nich tych, którzy staną się twoimi serdecznymi przyjaciółmi. Na początku poznajesz kolegów z podwórka, potem szkolnych, studenckich, z twojej pierwszej, drugiej. pracy, sąsiadów. Wydaje Ci się, że już nie możesz ich zliczyć. Gdzieś wśród tych znajomych, przyjaciół odnajdujesz swoją połowę. Rodzą ci się dzieci i wnuki, rodzą się dzieci i wnuki bliskich i przyjaciół. Wielka radosna gromada. 

Gdy byliśmy młodzi, na różnego rodzaju spotkaniach, chętnie śpiewaliśmy piosenkę znaną wówczas wszystkim: „Upływa szybko życie, jak potok płynie czas, za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas”. I nagle, całkiem niezrozumiale dla nas, te słowa piosenki zaczynają się spełniać. Gromadka znajomych zaczyna się kurczyć. Skończyliśmy szkołę i rozjeżdżamy się, dzisiaj nawet po świecie, kiedyś tylko po Polsce. Ktoś się wyprowadza daleko, bo zmienił pracę, poznał drugą polówkę w odległych stronach, ktoś inny zmienił swoje preferencje, zapatrywania i straciliśmy kontakt, a potem ktoś umiera, potem drugi, trzeci. Świat, w którym żyjemy opuszczają kochane osoby, dziadkowie, rodzice, czasem także dzieci, rodzeństwo, krewni, przyjaciele i znajomi. Zostaje ich coraz mniej, a potem odchodzi ten jeden, najważniejszy, małżonek, przyjaciel, ktoś, kto ci towarzyszył w codziennym życiu, na którego wsparcie mogłeś liczyć, że pomoże, pocieszy, zmobilizuje cię do działania, nie zostawi cię samego, i mimo że obydwojgu wam ubywało sił i zdrowia wspieraliście się wzajemnie. Śmierć takiego przyjaciela to cios. Gdy twoi przyjaciele odchodzą i zostajesz sam, pojawiają się  dwaj niepożądani towarzysze  – smutek i samotność

Każda z odchodzących bliskich nam osób zostawia w naszym życiu ślad. Zostają wspomnienia,  pamiątkowe przedmioty, zdjęcia. Dużo zdjęć. Ale jak mówi poetka Maryla Wolska: „jest coś we mnie, coś przy mnie, coś, co słów już nie ma, „- 

Sny Marysi

W Wielkanoc 2020 roku zmarła Maria Pietras, człowiek prawy i wielkiego serca, odeszła do Pana Boga, bo gorąco w niego wierzyła. „Aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.” (J.3,15).

Marysia była kochaną mamą, babcią i prababcią, siostrą, moją drogą przyjaciółką. Marysia lubiła ludzi. Nigdy nie słyszałam z jej ust, że kogoś nienawidzi, nawet, że nie lubi. Marysia nie skrzywdziła nikogo ani mową ani czynem. Znaliśmy jej poczucie humoru i celność riposty, bez cienia złośliwości.. Nie wyobrażam ją sobie z kijem w ręce, na pewno nigdy nikogo nie uderzyła, bo jej współczująca natura nie mogłaby zadać bólu. I bez tej karcącej ręki wychowała dzieci na porządnych i kochających ludzi, które przekazały tę miłość swoim rodzinom.

Mam wiele wspomnień z nią związanych, mam fotografie. Na mojej działce rosną roślinki przez nią posadzone, bo bardzo mi pomagała w pracy na niej, lubiła to, ale była też przede wszystkim człowiekiem czynu i nie umiała siedzieć bezczynnie. Była w swoim życiu podwładną i kierowniczką, lubianą i cenioną. Choć byłyśmy z urodzenia krajankami, poznałyśmy się w Hucie Aluminium.

Jakie wspomnienia o niej wybijają się ponad inne w mojej pamięci? Marysia pięknie opowiadała o swoich snach, i chcę dwa z nich opowiedzieć, bo były niezwykłe.

Pewnej śnieżnej zimy, a zimy w czasach naszej młodości bywały i śnieżne i mroźne, niedługo po swoim ślubie, Marysia z mężem i rodzeństwem bawili się śnieżkami. W pewnej chwili mąż Marysi spostrzegł, że nie ma na palcu obrączki. Najpewniej powędrowała w świat wraz ze śnieżką, ale którą? W którym kierunku? Zaczęły się poszukiwania. Bez rezultatu. Obrączka przepadła. Przyszła wiosna, zazieleniła się i zakwitła łąka za domem rodzinnym. I oto Marysi się śni, że tuż za płotem wyrósł delikatny kwiatuszek, który ugina się pod jakimś ciężarem, w którym  odbłyskuje słońce. Rano, gdy Marysia opowiedziała sen, jej mama zarządziła poszukiwania. Najmłodsza, bystrooka siostra Marysi została skierowana za płot na tę kwitnącą, zieloną łąkę w poszukiwaniu kwiatka ze snu. Trudno było uwierzyć, że w tej wysokiej trawie można coś znaleźć. Wróciła z obrączką.

Marysia urodziła się po śmierci ojca, który w wyniku łapanki ulicznej w lipcu 1944 roku, został wywieziony do hitlerowskiego obozu zagłady w Gross Rosen i już stamtąd nie powrócił. Ostatnia kartka z obozu, jaka od niego przyszła miała datę z połowy stycznia 1945 roku. I ta data została sądownie uznana za datę jego śmierci. Marysia urodziła się miesiąc później. Tyle Marysia wiedziała o śmierci swojego ojca. Na dzieci urodzone po śmierci ojca mówiło się „pogrobowce”. Marysia prawie całe życie wiedziała, że jest pogrobowcem.

I oto cztery lata temu, Marysi śni się ojciec, nie po raz pierwszy. Marysi śnią się różni ludzie, rodzina, znajomi. Sen przychodzi w przededniu setnej rocznicy jego urodzin. I Marysi wydaje się, że ojciec coś od niej chce, kiwa na nią palcem. Postanawiają, obie z córką, napisać do muzeum obozu w Gross Rosen. Odpowiedź przychodzi niespodziewanie szybko, a w niej niezwykłe informacje. Ojciec nie zginął w tym obozie. 

W styczniu 1945 roku grupa więźniów, a w niej ojciec Marysi, wiedząc, że zbliża się front, podjęła ucieczkę. Niestety, złapano ich i wraz z większą częścią obozu ewakuowano do innego obozu w głębi hitlerowskich Niemiec. Hitler miał nadzieję, że uda mu się niektórych więźniów wymienić na niemieckich jeńców pozostających w niewoli rosyjskiej, ale przede wszystkim potrzebne były ręce do pracy. Przemysł wojenny ciągle pracował pełną parą, bo Hitler nie wierzył, że przegrał wojnę. Więźniowie szli pieszo w bardzo trudnych warunkach, był mroźny styczeń, a oni nie mieli ciepłego ubrania, ani ciepłych butów, szli głodni, bici i popędzani jak zwierzęta, ginęli masowo, w pochodzie, nazwanym później „marszem śmierci”. Ojciec Marysi przeżył tę gehennę. Trafił do obozu w Mittelbau-Dora, tam nadano mu nowy numer. Ale ten obóz leżał zbyt blisko frontu, ze wschodu napierała Armia Radziecka, więc więźniów znów ewakuowano w odległe rejony Niemiec do Bergen – Bergen. Hitler jeszcze wierzył, że ocali Niemcy. 

Muzeum poradziło by napisać do tych obozów, córka Marysi Małgosia, zna biegle język angielski, więc piszą i już wiedzą, że ojciec Marysi Józef Wilczak był silnym człowiekiem, dotarł do  Bergen – Bergen w dniu 5 marca. Nigdy nie dowiedział się, że blisko 3 tygodnie wcześniej został ojcem, że urodziła mu się córka. Marysia nie jest pogrobowcem, urodziła się za życia ojca. 

Do Bergen – Bergen Niemcy zagonili tak wielką rzeszę więźniów, że nie było dla nich jedzenia i pryczy do spania, spali na ziemi, pod gołym niebem. Umierali tysiącami i pewnie taki los spotkał w tym obozie ojca Marysi. Tego córka i wnuczka już się nie dowiedziały. Muzeum obozu zasugerowało, by za jakiś czas znowu do nich napisać, bowiem ciągle odzyskują nowe dokumenty,  rozsiane w różnych miejscach na terenie Niemiec i poza jego granicami.. Marysia wraz z córką postanowiły, że pojadą na miejsce gdzie był ten obóz i najprawdopodobniej zakończył życie pan Józef, by się pomodlić i zapalić znicze na zbiorowej mogile. Marysia nie zdążyła zrealizować tego planu, odeszła z tego świata 12 kwietnia 2020 roku.

Teresa Cebula

 IM WIĘKSZE MIŁOWANIE TYM CIĘSZE JEST BRZEMIĘ

Emil Zegadłowicz –

Nadmiernie utrudzony tej chwili samotnej,

opuszczony przez wszystkich, niezdatny nikomu –

widzę mej drogi zakres wieczyście powrotny,

wiodący w nie zbadaną sień domu.

Z wieczności w wieczność idę! – w tym jednym żywocie

odrobić mi trza wiele i zaskarbić wiele –

rozdać się wszystkim sercom i spłonąć w tęsknocie,

by kiedyś zmartwychpowstać w miłującym dziele.

Jak Krzysztof nurtem życia niosę boże dziecię,

wśród fal spienionych waśni, wśród urągowiska – 

i wiem, że, bliscy moi, za mną nie pójdziecie -:

brzeg, jak przyszłość daleki – przystań zawsze bliska.

Więc czekajcie: – powrócę o jasnym świtaniu;

przyjdę przez zalęknioną, nie wypitą rosę

i powiem u dni nowych w cichym kołataniu:

chodźcie, o bliscy moi, dzisiaj was przeniosę.

Po jednemu na barkach w obiecaną ziemię

wniosę was, nie bez trudu, nie bez przeciwności;

im większe miłowanie, tym cięższe jest brzemię

i nie ma większych czynów od ludzkiej miłości.

Tam kończy się samotność, na tym wspólnym brzegu

zaśpiewamy litanię siostrzaną i bratnią – 

tam raz pierwszy odpocznę w przybrzeżnym noclegu,

przed największą podróżą, podróżą ostatnią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *